Jak róża innym zwana imieniem...
Człowiek we własnym życiu gra zaledwie mały epizod.
Stanisław Jerzy Lec
Słyszałam kiedyś taką oto smutną anegdotę: przed wojną pewna warszawianka nadała psu imię „Hitler”. Wtedy głośno już było o wodzu, choć przyszłość samej Polski nie wydawała się jeszcze przesądzona. Zażartowała więc kobiecina ze znanego powszechnie nazwiska. Kilka lat później, podczas okupacji, na spacerze z psem nieopatrznie zawołała „Hitler, do nogi”. Rozstrzelano i psa i właścicielkę. Taka była siła zwykłego nazwania.
Babcia przez większość mojego życia nie miała imienia. Widać coś źle zrozumiałam w dzieciństwie, bo później, niewyprowadzana przez nikogo z błędu, jechałam zawsze do „babci Zebrzydowej”, nazywając ją tak od miejscowości, w której mieszkała. To była wtedy moja ukochana babcia. Ale przede wszystkim BABCIA, a nie Michalina – jak w rzeczywistości miała na imię. Zresztą, nie tylko dla mnie nie miała imienia. Babcia nazywana była przez moich rodziców i wujków mamą, przez młodych sąsiadów odwiedzających dom – ciocią, a starsze koleżanki nazywały ją najczęściej „kumą”. Coś tak osobistego jak nadane przez matkę i ojca miano, spoczywało zapisane głównie w dowodzie tożsamości. Tylko... ta odnotowana w urzędzie „tożsamość” nijak się miała do ról, które określały prawdziwe nazwania mojej babci. Tych było wiele. Bo dla każdego z nas ta kobieta była kimś zupełnie innym. Wyjątkowym.
Zauważyliście, jak indywidualnie nazywamy tych, z którymi łączą nas jakieś doświadczenia, a imienia bądź nazwiska nijak nie umiemy sobie przypomnieć? „Ten od mercedesa”, „hydraulik”, „ten młody ksiądz z parafii”, „mama Grażynki”, „chłopak Julki”, „starszy syn wujenki córki mojej najstarszej siostry”... Zapamiętujemy twarz wraz z tym, do czego w naszej świadomości najbardziej jest przypisana, bądź co ją według nas najbardziej wyróżnia. Może być zatem „ta piegowata”, „ta zielonooka”, „ten wąsaty”, ale też „ta, która pali idąc ulicą” czy „ten, który puszcza bąki w windzie...”
Zabrze. Tyle tu ostatnio sensacji! Ulubione miasto mediów, bo gdy nigdzie nic się nie dzieje, jak z rękawa, temat w Zabrzu zewsząd wytrząsnąć można. Nie tylko zresztą ten sensacyjny, choć i owszem - „to miasto, w którym aresztowano byłego prezydenta”, „to miasto, w którym wiceprezydentowi postawiono zarzuty korupcji”. Ale przecież również - miasto „od Guido” i miasto Religi.
O tej wadze nazwania zaczęłam myśleć z chwilą, gdy poza Gliwicami wspominano przy mnie Gliwice. Jakoś tak się zdarzyło, że w ciągu tygodnia, w trzech różnych miejscowościach, w tym w Zabrzu właśnie, w mojej obecności toczyła się rozmowa o mieście i o prezydencie. W dwóch przypadkach tematem określającym stosunek rozmówcy do władz Gliwic były tramwaje. W trzecim, obok nich, pojawiło się Podium. Raz nawet padło to sformułowanie, o którym pisałam wyżej: „ten, który zlikwidował tramwaje” – tymi słowami wskazywał podmiot rozmowy jeden osobnik drugiemu. I to właśnie doprowadziło mnie do przykrego wniosku, że te nadane przez ludzi imiona są zmienne, jak ludzka natura. Przyprawiona człowiekowi łatka silniej go personalizuje, niż imię i nazwisko będące częścią tej urzędowej tożsamości. Ba, mocniej przylega niż pełniona funkcja.
Czy to sprawiedliwe? Może tak... Człowiek staje się jednością ze swoim czynem. Może jednak nie? Bo co z czynami popełnionymi w przeszłości? Dlaczego nikt już nie określa prezydenta „tym, który wybudował Strefę i dał ludziom pracę” czy „tym, który przyczynił się do powstania węzła autostradowego i pociągnął do Gliwic DTŚ”, Kazimierzem Wielkim „który zastał Gliwice drewniane, a zostawił murowane”? Niedługo, być może, odium „likwidatora” zmaże „wielki budowniczy Podium”. Prawdziwą ocenę z najsilniej zapamiętanych zdarzeń wystawią jednak prezydentowi nasi potomni.
Ciekawi mnie, jakim mianem Wy, drodzy Czytelnicy, określacie prezydenta. Piszcie... a.urgacz@gliwicka.pl. To w końcu nie jest „Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać”.
Adriana Urgacz