strona główna wydarzenia sport co? gdzie? kiedy? ogłoszenia drobne






Taka karma…

Długo jechały pociągi z Jugosławii do Polski. W ciągnących się sznurem wagonach, wraz z całym dobytkiem, z tą symboliczną „Kargulową krową” i „Pawlakowym kotem” (czy może odwrotnie), jechała pamięć półwiecznej historii nowej, niebezpiecznej ojczyzny. Wsłuchane w nią dzieci, liczne w każdej z polskich reemigrujących rodzin, zapamiętały ów kraj górzysty, jako szczęśliwy Eden swojego dzieciństwa. O takim opowiadały potem swoim dzieciom i wnukom. Takim jak ja, która z ciekawością poznającego te obrazy dziecka wyruszyłam w podróż sentymentalną do kraju, w którym urodzili się moi dziadkowie.

Nie przygotowałam się do tej podróży. Na szczęście. Zastana tam rzeczywistość narastała w moim sercu tysiącem zagadek, kwestii ważnych i koniecznych do rozwiązania. Dlaczego w południowej części kraju nazwy miejscowości pisane cyrylicą z taką gorliwością są zamazywane? Dlaczego tak wiele wisi tam chorwackich flag, tak wiele graffiti na murach głosi chorwacką przynależność? Jadąc dalej, w głąb kraju, niekończącymi się serpentynami drogi okalającej góry, tunelami sięgającymi ich wnętrza, wzdłuż rzek o wszystkich możliwych barwach, od błękitu i turkusu po żółć, poczułam brak jakiegoś nieodzownego elementu w tym dzikim krajobrazie. Po chwili wiedziałam już: tu nie ma turystów! Pierwszych zobaczyłam dopiero przed samą Banja Luką. Dlaczego? Przed oczami miałam kolorowe foldery, jakimi ja zareklamowałabym te miejsca, których piękna i inności nie doświadczyłam dotąd w żadnej z odbytych podróży. „Powinni zamieścić tam tę rzekę, górę, ten wodospad, ten zakręt” – autorytarnie stwierdzałam mijając kolejny niezwykły widok. Mając świadomość drażliwych różnic, z premedytacją jednak nie nadając przyswajanym obrazom ideologii, oczami wyobraźni uwieczniałam na promocyjnych prospektach bogactwo wielokulturowe Bośni i Hercegowiny, a także integralnej, związanej federacyjnym porozumieniem Republiki Serbskiej wchodzącej w skład państwa.
Czy jest jeszcze inne miejsce na ziemi, w którym z taką częstotliwością sąsiadują ze sobą: meczety, kościoły greko-, rzymskokatolickie i synagogi? Gdzie po jednej stronie ulicy bieleją nagrobki muzułmańskie, a po drugiej kamienna cisza czuwa nad spokojem śp. chrześcijan?
Nie miałam wątpliwości, że pełen uroczych detali, kolorowych dywanów i dziwnych naczyń Mostar, jest w rzeczywistości odbudowanym „starym” miastem, którego pierwotne piękno bezpowrotnie pochłonęła wojna. Przypominał mi o tym kamień, na którym widniał napis „don’t forget ‘93”. Jeszcze dobitniej o czasach wojny świadczyło tysiące pomników – podziurawionych seriami pocisków budowli, częściowo opuszczonych, częściowo zamieszkałych.
Kraj, w którym urodziły się obie moje babcie. Jedna z nich na chrzcie otrzymała imię Slavica. Na nagrobku na cmentarzu Św. Bartłomieja w Gliwicach pamięć o niej zachowana jest w napisie Bronisława Urgacz. Tak nazwały ją polskie władze, szukając odpowiednika dla jugosłowiańskiego imienia. Jugosławia. Dopiero rok temu dowiedziałam się, że tereny, które już zawsze będą dla reemigrantów Jugosławią, to dzisiejsza Bośnia, najczęściej Republika Serbska.
Tyle pytań. Na wiele z nich będę jeszcze długo szukać odpowiedzi. Inne wyjaśniły się same. Tak, jak brak turystów. Ich nie ma, bo potężne góry tego kraju skrywają w sobie wiele niebezpieczeństw, jakich nie przewidziała nawet dzika przyroda. W bujnej zieleni kryją się miny pozostawione przez obie strony biorące udział w niedawnej wojnie. Wojnie, której powrót w tym poszarpanym kontrastami kraju ze smutkiem przewidują wszyscy.
Odświeżyłam wiadomości o tamtym konflikcie. Polecam Czytelnikom sięgnąć po tę historyczną wiedzę. Jest smutna, ale zarazem w dziwnie mi bliski sposób fascynująca. Wkrótce wrócę do Bośni. Taka karma?
PS: A propos, karma może wracać jak bumerang… Z przymrużeniem oka podzielę się z Czytelnikami pewną niesamowitą historią rodem z science fiction. Otóż po powrocie do Polski czekał na mnie mail od rzecznika Straży Pożarnej, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam, i któremu dziękuję. Donosił w nim, że jakimś cudem moja legitymacja prasowa znalazła się na parapecie mieszkania jednego ze strażaków, na 9 piętrze budynku przy ul. Gwardii Ludowej (dziękuję owemu strażakowi, że nie wyrzucił dokumentu do kosza!). Cóż, od przeszłości jak i od teraźniejszości nie da się uciec. Ach, te gołębie pocztowe…
Adriana Urgacz

rozmaitości