Franciszek Maurer. Wspomnienie.
W ubiegłym tygodniu odszedł na zawsze Franciszek Maurer. Niezwykły gliwiczanin - według Jego projektu po wojnie odbudowano Rynek.
Związał się z naszym miastem zaraz po wojnie, kiedy jako młody, pełen pomysłów i energii absolwent Wydziału Architektury Politechniki Lwowskiej został głównym projektantem, kierującym odbudową zniszczonej gliwickiej starówki. Patrząc na pożółkłe przedwojenne pocztówki Rynku od razu zauważymy, że Maurer w znaczący sposób zmienił jego wygląd. Przebudował wszystkie sklepy znajdujące się w kamieniczkach Rynku tworząc w ich miejsce półkoliste podcienia. Kiedy tamtędy będziemy przechodzić, pomyślmy: to Maurer.
Zmienił wygląd Zameczku Piastowskiego na starówce, przekształcając tę starą budowlę na potrzeby gliwickiego Muzeum. Kiedy tamtędy będziemy przechodzić, pomyślmy: to Maurer.
Był pierwszą osobą, która w chaszczach zniszczonego Cmentarza Hutniczego odszukała potłuczony nagrobek Teodora Kalide – gliwickiego twórcy wielu rzeźb m.in. posągów lwów - Czuwającego i Umierającego.
Jego szacunek dla sztuki to nie tylko wrażliwość na zabytki i historię Gliwic, Śląska i kraju, to także pasja tworzenia na własne potrzeby, bowiem Maurer był zapalonym malarzem nieprofesjonalnym. W jego malarstwie przeważały portrety i kwiaty. Kochał ich piękno. „Na pamiątkę z moich Wiszących Ogródków” – takiej treści dedykację wpisał mi Franciszek Maurer na folderze jednej ze swoich licznych wystaw malarskich.
W okresie wojennym był żołnierzem Armii Krajowej i stąd zapewne szacunek dla wszystkich, którzy walczyli o wolność. Dla nich tworzył swoje tablice pamiątkowe umieszczane na budynkach Gliwic: na kościele św. Barbary - dla generała Nila, na narożnym budynku przy ul. Wieczorka i Korfantego – dla Wojciecha Korfantego. Nie skończył niestety tablicy dla ks. Jerzego Popiełuszki. Ale umieścił wcześniej inną, na budynku przy ul. Norwida, w którym mieszkał – dla Cypriana Kamila Norwida.
Kiedy tamtędy będziemy przechodzić, pomyślmy: to Maurer.
Wykuł w tym mieście pomnik trwalszy od spiżu - Historię. Dziękujemy.
Marian Jabłoński