strona główna wydarzenia sport co? gdzie? kiedy? ogłoszenia drobne






Wielki rów?

Kiedy ludzi może coś podzielić, zawsze się podzielą – Wiesław Myśliwski

Ochłonęliśmy po wyborach. Chyba… W myślach czasem jednak wracają jeszcze niektóre fakty przed i powyborcze. Takie jak, wybaczcie Państwo roboczą nazwę, „Teoria Wielkiego Pęknięcia”. Bez przytaczania nazwisk autorów tejże, bo ich wymienienie zajęłoby kilka takich felietonów, pozwolę sobie wyartykułować główne jej założenie: społeczeństwo polskie wyszło z tych wyborów głęboko podzielone. I tu zacytuję jednego z wieszczów: „linia podziału biegnie przez miasta i wsie, mieszkalne bloki i rodziny”. Chodzi oczywiście o podział na zwolenników i przeciwników dwóch „wielkich partii” z małą domieszką tych, którzy, koniec końców, i tak będą musieli do kogoś się przytulić.

Ależ bzdura! Lansowanie teorii o wielkim pęknięciu czemuś jednak służy. Interesom partii, które ów podział kreują. Tak wielkie obozy trzeba w sposób oczywisty reprezentować, powiem więcej, tak wielkim obozom koniecznie trzeba przewodzić! Prowadzić, przewodzić, reprezentować – czytaj urządzić się na rynku bynajmniej nie tylko politycznym. Ktoś tam powiedział, że demokracja jest najdoskonalszym sposobem zniewolenia absolutnego. Brzmi to tylko na pozór absurdalnie, wszak naprawdę nie wiemy jeszcze do czego doprowadzi ona społeczeństwa w swojej skrajnej „ultrawolnej” postaci. I, żeby było jasne, jestem zwolennikiem demokracji – daje mi chociaż cień szansy na autokreację i sukces (że szansa owa się zmniejsza to już, w myśl obowiązujących teorii, wyłącznie moja wina). Teoria Wielkiego Podziału w swoim nieartykułowanym założeniu podstawowym ustawia polską demokrację. Wszystko rzekomo zbliża się do amerykańskiego, w zasadzie dwupartyjnego systemu. Że jakoś szybko i bez dwusetletniej ewolucji, to już drobiazg. Oba zwaśnione obozy gdzieś tam zawsze będzie łączyć jedno – dbałość o to, żeby jakaś trzecia siła (owszem, okazyjnie potrzebna) nie namieszała w układzie. I tak ma się to toczyć wzdłuż „linii głębokiego podziału”. Tylko, że owego kanionu nie ma! I właśnie wiedząc, że go nie ma a jest potrzebny, niektórzy tak bardzo próbują go wykreować. Politycy, to wy macie swój podział, to wy toczycie pianę i obrzucacie się błotem, wy gardłujecie, tokujecie, łżecie czasem jak najęci, okopani po obu stronach rowu, który sami wykopaliście. A społeczeństwo? Kierowane sympatiami, czasem opartymi na podbudowie, której nawet nie podejrzewacie, dokonało wyboru. Głosujący na Kaczyńskiego i na Tuska w większości nie zrobili z tego aktu wręcz światopoglądowej decyzji, którą chcieliście im wmówić. Gdzieś tam głęboko Kowalskiemu, Malinowskiemu, tak jak Jezierskiemu, całkowicie obojętne było jaka szala przeważy. Wygra mój? Super! Ale gdzieś tam świadomość, że obaj kandydaci zachowają pewne standardy. Przy wszelkich różnicach politycznych nastąpiła bowiem pełna unifikacja techniki prowadzenia polityki. Nawet Palikot namaszczony społecznym wyborem na prezydenta zmieniłby mordę (oczywiście o gombrowiczowskie rozumienie mi chodzi). Nie dzielcie nas zatem, a już na pewno nie kopcie nam dołów w mieszkaniach i w rodzinach. Bo rów i tak sam powstaje. Gdzie? Tam, gdzie wolicie nie patrzeć. Dla mnie odległość między zwykłymi Grekami demolującymi Ateny w akcie rozpaczy (!) a miejscem, które określa błaha pieczątka przybita na pewnym dokumencie bankowym ze sformułowaniem „bankier klienta zamożnego” jest naprawdę niewielka. Kiedy po raz kolejny abstrakcyjny system światowej ekonomii się sypnie (Murphy, geniuszu!) Grecja może zrobić się wszędzie. Także u nas. I powstanie przepaść, której rysy gdzieś tam widzimy raz po raz. W miejscu, którego nikt się nie spodziewa. Nikt z tych, którzy podział kreują zupełnie gdzie indziej. Po której stronie kto się znajdzie? Nie wiem. Oni po jednej!
Dariusz Jezierski

»czytaj więcej (komentarzy: 0)

Indeks Ksiąg Nakazanych

Nigel Cawthorne - „Decydujący dzień. Inwazja aliantów w Normandii”,
Hans Wijers - „Od Stalingradu do Berlina”,
Marek Czerwiński - „Czas snajperów” - Wydawnictwo BELLONA

Z rozmów ze znajomymi wiem, że dobra książka historyczna (i to nie tylko powieść, bynajmniej!) towarzyszy im w czasie wakacji prawie tak często, jak dobry kryminał czy „obyczajówka”. Jeśli historia to Bellona! Dziś kilka najnowszych propozycji, wszak sierpień przed nami!

Inwazja w Normandii z racji swojego rozmachu wciąż jeszcze jest tematem wielu opracowań. To napisane przez Cawthorne'a z całą pewnością wyróżnia się wśród nich swoją kompleksowością i sposobem podania. Poznajemy kulisy i przebieg tej chyba najstaranniej zaplanowanej i przeprowadzonej bitwy i zdajemy sobie sprawę, jak wiele od niej zależało. Jeśli były momenty, w których historia wstrzymała oddech, 6 czerwca 1944 roku był nim na pewno. „Decydujący dzień. Inwazja aliantów w Normandii” to książka z całą pewnością warta uważnej lektury.
Druga wojna światowa to nie tylko Normandia. Decydujące znaczenie dla jej wyniku miały zmagania na froncie wschodnim. Książka „Od Stalingradu do Berlina” wyróżnia się spośród podobnych opracowań. Przebieg działań widzimy oczami niemieckich żołnierzy! Zaskakujący często obraz faktów, które dotąd znaliśmy dość jednostronnie. Dla wszystkich, którzy chcą rzeczywiście poznać ten fragment historii, ta lektura jest niezbędna. Dopiero w taki sposób, analizując spojrzenia wszystkich stron konfliktu, można sobie wyrobić pogląd całościowy. Ta wojna była bowiem czymś więcej niż tylko historycznym faktem.
Na koniec książka, która traktuje o działaniach żołnierzy, którzy z założenia stanowili elitę każdej armii. Snajperzy (strzelcy wyborowi) do dziś pobudzają fantazję szczególnie młodszych miłośników wojskowości. W tej książce oprócz fabularyzowanych opowiadań o działaniach snajperów od II wojny światowej po dzień dzisiejszy, mamy również mnóstwo informacji o technikach strzelania, broni i amunicji oraz o taktyce. „Czas snajperów” to książka nowocześnie napisana i z całą pewnością okaże się prawdziwym hitem. Solidna porcja wiedzy podana w sposób niezwykle interesujący! Świetny prezent dla młodych wojaków!
Wszystkie książki do nabycia w księgarni internetowej na www.bellona.pl
Dariusz Jezierski

»czytaj więcej (komentarzy: 0)

Gliwickie tramwaje
cz. I. Lata 1894-1945

To pierwsza część cyklu, w którym przedstawimy historię gliwickich tramwajów przygotowaną przez Mariana Jabłońskiego.

Pomysł na tramwaj – czyli kolej drogową (Strasenbahn – z niem.) lub linię tramwajową (tram way – z ang.) narodził się zapewne w głowach dawnych inżynierów zajmujących się sprawami komunikacji w miastach. Nie inaczej było w Gliwicach. Kiedy w roku 1845 doprowadzono do Gliwic kolej żelazną okazało się, że podróżni mają trudności w przedostaniu się z dworca do centrum czyli okolic Rynku. Należy pamiętać, że ul. Zwycięstwa była dopiero w fazie powstawania i przypominała wówczas bardziej zwykłe polne klepisko niż drogę.
Dobry interes wyczuła berlińska firma „Górnośląskie Towarzystwo Tramwajów Parowych”. Ona właśnie zawarła umowę m.in. z Gliwicami na budowę pierwszej linii tramwajowej. Zbudowano zajezdnię przy ul. Chorzowskiej 52 (tzw. stara zajezdnia, już nieistniejąca) i stamtąd wyjeżdżały pierwsze parowe lokomotywy ciągnące wagon dla podróżnych. Ustalono, że ziemia usunięta z działki pod fundamenty remizy będzie przeznaczona do budowy nasypu dla tramwaju na Chorzowskiej. Pierwszą linię w Gliwicach otwarto w roku 1894, czyli 116 lat temu. Przebiegała ulicami: Chorzowska „Zameczek Leśny” – Dąbrowskiego – Traugutta – Piwna – pl. Piastów – Boh. Getta przy dworcu. Niedługo potem przeciągnięto linię dalej przez  ul. Zwycięstwa do pl. Inwalidów. Parowa lokomotywa buchała dymem i parą jak prawdziwy parowóz, sapiąc i hałasując – jak narzekali ówcześni malkontenci, zwłaszcza dorożkarze, którym tym sposobem zaczęło ubywać klientów. Z tego też powodu magistrat wydał zarządzenie, iż od granic miasta wagony tramwajowe mogą być ciągnięte wyłącznie przez konie. Tak było przez 4 lata, potem zrezygnowano już z tego pomysłu, tym bardziej, że rozbudowano linię o kolejne ulice: Dolnych Wałów – Wieczorka – Daszyńskiego – mijanka przy koszarach. Tory wyglądały wtedy trochę inaczej niż dzisiaj, były o wiele węższe, miały rozstaw 785 mm czyli równo 2,5 stopy pruskiej. Możemy jeszcze dziś zobaczyć ostatni fragment takich właśnie torów. Są doskonale widoczne na samym początku ul. Górnych Wałów.
Mimo tego, że ul. Dworcowa była od dawna zabudowana i pełniła funkcję głównej ulicy Gliwic, nie można było tam poprowadzić torów tramwajowych, bo jej środkiem płynęła przecież Ostropka.  Dopiero ok. roku 1910, po jej ukryciu w kanale pod jezdnią poprowadzono kolejną linię tramwajową: pl. Piastów – Dworcowa – Górnych Wałów – Z. Starego –  Kościuszki – Daszyńskiego – mijanka przy koszarach. Proszę zauważyć, że obie linie stykały się na skrzyżowaniu Daszyńskiego - Kościuszki. Dla potrzeb firm i zakładów znajdujących się przy Dworcowej magistrat zdecydował się na utworzenie specjalnej linii towarowej od pl. Piastów do dworca kolei wąskotorowej na Trynku (linia ta znana jest nam jako linia „2”). Od tej pory, korzystając z torów jednakowej szerokości, składy kolei wąskotorowej swobodnie mogły docierać aż do centrum przewożąc potrzebne towary w obydwu kierunkach tzn. do Zabrza bądź do Raciborza. To rozwiązanie miało duże znaczenie dla gospodarki miasta, albowiem nie istniało wtedy połączenie tramwajowe Gliwice – Zabrze. Wszystko za sprawą torów kolejowych, które przecinały ul. Chorzowską przy ul. Towarowej. Zbudowano co prawda nasyp (istniejący do dzisiaj), ale sam wiadukt otrzymał za słabą konstrukcję dla ciężkich lokomotyw parowych i nie wydano zezwolenia na taką linię do Zabrza. Nowy wiadukt zbudowano około roku 1898 i od tej pory istniało już tramwajowe połączenie Gliwic z Zabrzem i innymi miastami Górnego Śląska.
Od strony dworca kolejowego istniała mijanka przy ul. Boh. Getta, koło poczty dworcowej oraz swoista pętla na pl. Piastów.
W niecałe 4 lata od wprowadzenia tramwajów w Gliwicach, bo w roku 1898, nastała era tramwajów elektrycznych. Miało to ścisły związek z powstaniem w Zabrzu elektrowni (która stoi tam do dziś). Początkowo elektryfikacja tramwajów miała licznych przeciwników, a to za sprawą ich poczucia estetyki miasta. Chodziło o to, że dla sieci elektrycznej trzeba było ustawić mnóstwo nowych słupów podtrzymujących druty. A trzeba wiedzieć, że ówczesna ul. Zwycięstwa wyposażona już była w słupy oświetlenia gazowego, słupy telefoniczne, słupy z drutami elektrycznymi do mieszkań oraz słupy z lampami elektrycznymi – w sumie było ich blisko 100. Trudność tę magistrat obszedł wydając polecenie, by sieć drutów tramwajowych była mocowana w pierwszej kolejności do ścian budynków. Takie uchwyty drutów na budynkach istnieją jeszcze do dziś, są bardzo ozdobne, więc wprawne oko poszukiwacza śladów historii tramwajów na pewno je dostrzeże. Wystarczy iść śladem dawnych linii tramwajowych i uważnie oglądać budynki.
W roku 1928 nastąpiło tzw. „przekucie” torów na szersze o rozstawie identycznym z torem kolejowym  tzn. 1435 mm. Wówczas już kolej wąskotorowa nie była używana do transportu materiałów do miasta, bo zastąpił go transport samochodowy. Poza tym większe prędkości tramwajów wymogły bezpieczniejszy rozstaw szyn, miało to duże znaczenie zwłaszcza na zakrętach, gdzie z wąskiego toru tramwaje niejednokrotnie po prostu wypadały.
Lata 30 to okres dużych zmian w przebiegu linii. Trzeba tu jeszcze zaznaczyć, że numeracja linii była inna niż dziś ją znamy, zupełnie na odwrót. Linia w stronę Wójtowej Wsi miała nr „1” a linia w stronę Zygmunta Starego nr ”4”. Kiedy zbudowano wiadukt nad torami kolejowymi na łączniku Zabrska – Chorzowska, poprowadzono tamtędy główną linię z zajezdni na Chorzowskiej. Od tej pory linia tramwajowa przebiegała następująco: Chorzowska – Zabrska – Jagiellońska – Bohaterów Getta – Zwycięstwa. Tutaj następował rozjazd poszczególnych linii, na skrzyżowaniu Zwycięstwa – Konstytucji (przy Urzędzie Miejskim) tramwaj skręcał w stronę ul. Dworcowej. Dalej jechał następująco: Dworcowa –Jana Pawła II – Nowy Świat – Kościuszki – Zygmunta Starego (w stronę szpitala wojskowego).  Z powrotem tą samą trasą, jedynie z  Dworcowej skręcał w ul. Dolnych Wałów koło kina Bajka i dalej już normalnie, ul. Zwycięstwa aż do mijanki koło poczty dworcowej. Druga linia prowadziła bez zmian ul. Zwycięstwa – Dolnych Wałów (koło Muzeum) i dalej w kierunku Wójtowej Wsi.
Tramwaje gliwickie w takim rozkładzie jeździły aż do roku 1945, kiedy to wojska radzieckie weszły w styczniu do miasta.
Początki komunikacji tramwajowej w Gliwicach to nie tylko ciągłe zmiany przebiegu linii, likwidacja jednych torów, budowa innych, to także mnóstwo anegdotycznych dziś sytuacji i zachowań.
Kiedy doszło do podpisania umowy między Gliwicami a firmą budującą linię tramwajową, magistrat wystąpił z żądaniem przekazania kilku darmowych biletów dla policji i pracowników magistratu. I dostał je…
W momencie utworzenia linii na Zwycięstwa i pojawienia się planów ułożenia kostki brukowej na całej drodze, przedsiębiorcy z Dworcowej zaprotestowali bojąc się, że ich ulica straci na znaczeniu. W odpowiedzi magistrat wezwał ich do zebrania sporej sumy pieniędzy na modernizację mostów na ulicy Dworcowej…
Podczas próby nowej linii na Zwycięstwa, parowóz wraz z wagonem za bardzo się rozpędził i na najbliższym zakręcie wypadł z torów. Po ponownym, ustawieniu na szynach już ostrożniej przejechał aż do Dolnych Wałów i z powrotem. Na całej drodze tłumy gliwiczan witały tramwaj jako oznakę rozwoju miasta…
Dostawca parowozów i wagonów został zobowiązany, aby dym i para z kotła nie były dokuczliwe dla mieszkańców, prędkość nie przekraczała 16 km/godz. a przejazd tramwaju nie płoszył koni.
Mieszkańcy kwestionowali oznakowanie wagonów w klasie II oraz III, skoro nie było klasy pierwszej, a w dodatku tłok i ścisk był wszędzie jednakowy…
Traktowano podróż tramwajem jako przejażdżkę turystyczną. Największym powodzeniem cieszyła się linia w kierunku Zameczku Leśnego, który wówczas nosił potoczną nazwę „Pałac Piwa”.
Dyrekcja tramwajów musiała dopasować godziny przyjazdów i odjazdów z przystanku na Chorzowskiej przy Zameczku Leśnym do godzin otwarcia restauracji…
Obsługa Zameczku zamontowała specjalny dzwonek w salach dla gości, który oznajmiał kwadrans do przyjazdu tramwaju…
Powodem wielu wypadków były odkryte letnie wagony, z których pasażerowie za bardzo wychylali się w czasie jazdy. Dla ich bezpieczeństwa przesunięto wszystkie słupy wzdłuż linii tramwaju…
Największym problemem byli niefrasobliwi furmani, którzy swoje furmanki prowadzili często wzdłuż torów. W kolizjach najbardziej cierpiały konie… Na trasie do Zabrza parowóz wykoleił się raniąc pasażerów i motorniczego. Zaczął zapadać zmrok, więc rannych wraz z przewróconą lokomotywą pozostawiono na miejscu do czasu przybycia rano komisji ds. wypadków…
Między Zameczkiem a Zabrzem odbył się kiedyś wyścig tramwaju z kolarzami. Pijany motorniczy założył się z nimi kto wygra i rozpędzając z nasypu tramwaj oczywiście wykoleił go na najbliższej zwrotnicy…
Aby podczas przejazdu tramwaju kurz nie brudził zanadto pieszych na chodnikach, co pewien czas trasę przejeżdżał specjalny zestaw z beczkowozem, który solidnie zraszał wodą całe torowisko...
W wielu przypadkach zaobserwowano nieuprzejmych konduktorów sprzedających bilety. Niejednokrotnie pasażerowie byli mocno przez nich poturbowani, ale w efekcie liczba pasażerów „na gapę” była naprawdę znikoma…
Dla lepszego zrozumienia przebiegu linii tramwajowych w artykule celowo używałem wyłącznie współczesnych nazw ulic Gliwic.
Wykorzystałem w nim także informacje zawarte w opracowaniu Jacka Schmidta „Początki komunikacji tramwajowej Gliwice – Zabrze” - Zeszyty Gliwickie nr 16.
Marian Jabłoński

»czytaj więcej (komentarzy: 0)

Taka karma…

Długo jechały pociągi z Jugosławii do Polski. W ciągnących się sznurem wagonach, wraz z całym dobytkiem, z tą symboliczną „Kargulową krową” i „Pawlakowym kotem” (czy może odwrotnie), jechała pamięć półwiecznej historii nowej, niebezpiecznej ojczyzny. Wsłuchane w nią dzieci, liczne w każdej z polskich reemigrujących rodzin, zapamiętały ów kraj górzysty, jako szczęśliwy Eden swojego dzieciństwa. O takim opowiadały potem swoim dzieciom i wnukom. Takim jak ja, która z ciekawością poznającego te obrazy dziecka wyruszyłam w podróż sentymentalną do kraju, w którym urodzili się moi dziadkowie.

Nie przygotowałam się do tej podróży. Na szczęście. Zastana tam rzeczywistość narastała w moim sercu tysiącem zagadek, kwestii ważnych i koniecznych do rozwiązania. Dlaczego w południowej części kraju nazwy miejscowości pisane cyrylicą z taką gorliwością są zamazywane? Dlaczego tak wiele wisi tam chorwackich flag, tak wiele graffiti na murach głosi chorwacką przynależność? Jadąc dalej, w głąb kraju, niekończącymi się serpentynami drogi okalającej góry, tunelami sięgającymi ich wnętrza, wzdłuż rzek o wszystkich możliwych barwach, od błękitu i turkusu po żółć, poczułam brak jakiegoś nieodzownego elementu w tym dzikim krajobrazie. Po chwili wiedziałam już: tu nie ma turystów! Pierwszych zobaczyłam dopiero przed samą Banja Luką. Dlaczego? Przed oczami miałam kolorowe foldery, jakimi ja zareklamowałabym te miejsca, których piękna i inności nie doświadczyłam dotąd w żadnej z odbytych podróży. „Powinni zamieścić tam tę rzekę, górę, ten wodospad, ten zakręt” – autorytarnie stwierdzałam mijając kolejny niezwykły widok. Mając świadomość drażliwych różnic, z premedytacją jednak nie nadając przyswajanym obrazom ideologii, oczami wyobraźni uwieczniałam na promocyjnych prospektach bogactwo wielokulturowe Bośni i Hercegowiny, a także integralnej, związanej federacyjnym porozumieniem Republiki Serbskiej wchodzącej w skład państwa.
Czy jest jeszcze inne miejsce na ziemi, w którym z taką częstotliwością sąsiadują ze sobą: meczety, kościoły greko-, rzymskokatolickie i synagogi? Gdzie po jednej stronie ulicy bieleją nagrobki muzułmańskie, a po drugiej kamienna cisza czuwa nad spokojem śp. chrześcijan?
Nie miałam wątpliwości, że pełen uroczych detali, kolorowych dywanów i dziwnych naczyń Mostar, jest w rzeczywistości odbudowanym „starym” miastem, którego pierwotne piękno bezpowrotnie pochłonęła wojna. Przypominał mi o tym kamień, na którym widniał napis „don’t forget ‘93”. Jeszcze dobitniej o czasach wojny świadczyło tysiące pomników – podziurawionych seriami pocisków budowli, częściowo opuszczonych, częściowo zamieszkałych.
Kraj, w którym urodziły się obie moje babcie. Jedna z nich na chrzcie otrzymała imię Slavica. Na nagrobku na cmentarzu Św. Bartłomieja w Gliwicach pamięć o niej zachowana jest w napisie Bronisława Urgacz. Tak nazwały ją polskie władze, szukając odpowiednika dla jugosłowiańskiego imienia. Jugosławia. Dopiero rok temu dowiedziałam się, że tereny, które już zawsze będą dla reemigrantów Jugosławią, to dzisiejsza Bośnia, najczęściej Republika Serbska.
Tyle pytań. Na wiele z nich będę jeszcze długo szukać odpowiedzi. Inne wyjaśniły się same. Tak, jak brak turystów. Ich nie ma, bo potężne góry tego kraju skrywają w sobie wiele niebezpieczeństw, jakich nie przewidziała nawet dzika przyroda. W bujnej zieleni kryją się miny pozostawione przez obie strony biorące udział w niedawnej wojnie. Wojnie, której powrót w tym poszarpanym kontrastami kraju ze smutkiem przewidują wszyscy.
Odświeżyłam wiadomości o tamtym konflikcie. Polecam Czytelnikom sięgnąć po tę historyczną wiedzę. Jest smutna, ale zarazem w dziwnie mi bliski sposób fascynująca. Wkrótce wrócę do Bośni. Taka karma?
PS: A propos, karma może wracać jak bumerang… Z przymrużeniem oka podzielę się z Czytelnikami pewną niesamowitą historią rodem z science fiction. Otóż po powrocie do Polski czekał na mnie mail od rzecznika Straży Pożarnej, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam, i któremu dziękuję. Donosił w nim, że jakimś cudem moja legitymacja prasowa znalazła się na parapecie mieszkania jednego ze strażaków, na 9 piętrze budynku przy ul. Gwardii Ludowej (dziękuję owemu strażakowi, że nie wyrzucił dokumentu do kosza!). Cóż, od przeszłości jak i od teraźniejszości nie da się uciec. Ach, te gołębie pocztowe…
Adriana Urgacz

»czytaj więcej (komentarzy: 0)

Indeks Ksiąg Nakazanych

Marek Radziwon „Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie” - Wydawnictwo W.A.B.

Kim był dla mnie Jarosław Iwaszkiewicz do czasu przeczytania tej biografii? Nie zawaham się – jednym z najlepszych polskich prozaików i najlepszym autorem opowiadań. Jednocześnie więc, nieco niesłusznie zapomnianym i, że użyję w tym miejscu po raz pierwszy publicznie, ukutego na własne potrzeby określenia, pisarzem odsuniętym. I, niech mi wybaczą Czytelnicy, którzy szukają tu recenzji, tekst ten będzie krótką impresją na ten temat... Dla tych myślących i czujących być może również zachętą do sięgnięcia po tę świetną książkę.

Zawsze wyczuwałem tragizm wewnętrznego świata Iwaszkiewicza. Nie pasowała mi do niego w żadnym razie łatwo przyczepiona w okresie przemian etykieta sprzedawczyka bez reszty oddanego komunie, intelektualnego kolaboranta reżimu. Radziwon ów tragizm sportretował w sposób mistrzowski. Udało mu się zinterpretować biografię Iwaszkiewicza przez pryzmat wszechogarniającej polityki i jego w niej obecności. Czy jest to analiza bezbłędna? Nie sądzę, ale z całą pewnością jest to monumentalny przyczynek do kompleksowej biografii człowieka rzuconego w otchłań, w której z jednej strony czeka Scylla bezlitosnego, bezdusznego ustroju, a z drugiej Charybda własnej małości, umiłowania choćby pozornej wielkości, czasem wręcz czystego hedonizmu. A między nimi wąski kanał jedynie, z małymi szansami na bezpieczne przejście. Przeszedł? Tak, potłuczony, chwilami zeszmacony i wyzbyty zasad, którym przecież w wielu porywach chciał być wierny, ale przeszedł. Jedynym co mu zostało aby móc się rozliczyć, kiedy przyjdzie pora Wielkiego Rozrachunku, jest jego twórczość. A ta jest wielkiej próby. Człowiek, który pozwolił swoje wnętrze zdemolować nowemu systemowi nie był taki „łatwy” w czasie okupacji. Dlatego właśnie autor książki tamtą jego postawę określa „rozumnym heroizmem”, a tę nową bezrozumnym oportunizmem. Ale ten sam Iwaszkiewicz okazał się heroiczny w swoich pryncypiach. Jego poezja i przede wszystkim proza są świadectwem nieugiętej wierności językowi, temu narodowemu dziedzictwu o niezwykłym charakterze, który dla pisarza stał się twierdzą bronioną przed bylejakością i nowomową. Obronił ją. A język polski odpłacił mu się miłością ogromną, pozwolił się okiełznać, odkrył niezwykłe możliwości. Opowiadania Iwaszkiewicza to literackie perły. Drobne w formie giganty Piękna. Nie ma tu przesady. Obrazy ogarniające czytelnika podczas lektury są rysowane precyzyjnie do tego stopnia, że nie pozostawiają żadnych interpretacyjnych dowolności. Precyzja bliska zniewoleniu. Mistrzowska precyzja. Malarskość. Niezwykła uroda użytych środków. To wszystko sprawiło, że po jego opowiadania sięgają bardzo często filmowcy (z różnym skutkiem). My również sięgajmy... Odsunięty Iwaszkiewicz musi wrócić na miejsce mu należne. To wielki pisarz. A jego biografia nakreślona ręką Marka Radziwona, jest poza wszystkim wspaniałą lekcją polskiej historii i polskiego w niej uwikłania. Może nas wiele nauczyć!
Dariusz Jezierski

»czytaj więcej (komentarzy: 0)

Tajemnice Kanału Sztolniowego

Zabrzańska kopalnia „Królowa Luiza” i Główna Kluczowa Sztolnia Dziedziczna to perełki industrialne, których tajemnice mogą turyści poznawać w podziemnych czeluściach tych obiektów. Ale Kanał Sztolniowy (Stolen Kanal), którym węgiel spławiano w stronę Gliwic, również ma swoje niezwykłe miejsca.

Kiedy w podziemiach „Królowej Luizy” załadowano urobek na łodzie, górnicy przekazywali „czarne złoto” w ręce robotników zajmujących się ręcznym przeciąganiem łodzi w kierunku Gliwic. Głównym odbiorcą tego węgla była bowiem Królewska Odlewnia Żelaza w Gliwicach (Eisengiesserei Gleiwitz). Różnica poziomów między wylotem Sztolni a Portem w Gliwicach wynosiła 17 metrów i tę różnicę wysokości trzeba było jakoś pokonać. Sprawę załatwiały dwie tzw. „pochylnie” (Rollbrucke), z których pierwsza znajdowała się w okolicach dzisiejszego cmentarza przy ul. Cmentarnej na granicy Zabrza i Gliwic. Kiedy w pogodny dzień zajrzysz Czytelniku w to miejsce, będziesz się początkowo przedzierał przez splątane krzaki i wysokie pokrzywy, ale potem ujrzysz z wysokiego brzegu nad Bytomską trasę, jaką łodzie pokonywały po ówczesnej pochylni. W dole, 11 metrów niżej, płynie Bytomka i do jej poziomu sprowadzano z Kanału Sztolniowego urobek górników kopalni Królowa Luiza. Pochylnia taka to nic innego, jak suchy pochyły pomost z drewnianych bali, po którym przetaczano wózki z załadowanymi węglem łodziami. Prawdopodobnie projektował je sam John Baildon po dokładnej analizie ich konstrukcji w Anglii, gdzie w początkowym okresie swej kariery był uczniem głównego projektanta pochylni angielskich – Smeatona. Ta niezwykła budowla hydrotechniczna powstała w roku 1806, tak jak cały Kanał Sztolniowy. Oczywiście, obecnie śladu najmniejszego nie ma po tej pochylni, ale uważny poszukiwacz skarbów zapewne odnajdzie na trasie dawnego kanału zachowane jego fragmenty i towarzyszące mu budowle pomocnicze.
Rozpoczynając od wylotu dawnej Kluczowej Sztolni w Zabrzu przy ulicy Karola Miarki (przy zejściu w stronę parku) musimy przemierzyć trasę kanału ulicami Góry św. Anny, potem Parkiem Poległych Bohaterów, dalej ul. Łanową i ul. Nad Kanałem. Dojdziemy w pobliże pierwszego zachowanego akweduktu, niedaleko głównej ulicy Wolności. Zbudowano go dla poprowadzenia Kanału Sztolniowego nad istniejącym tu od zawsze strumieniem. Trzeba dodać, że kanał tutaj prowadzony był już w nasypie i jego profil zobaczymy w całej okazałości. Dostęp w to miejsce jest niezwykle trudny i wymaga sporego doświadczenia w pokonywaniu przeszkód terenowych Ale naprawdę warto - zobaczymy bowiem budowlę sprzed blisko 200 lat w doskonałym stanie i co najciekawsze - nieznaną prawie nikomu ze współczesnych mieszkańców Zabrza czy Gliwic. W tej samej okolicy stoi znany zapewne wszystkim samotny budynek z czerwonego klinkieru kanału, który musiał być bezustannie oczyszczany z roślinności wodnej, a nabrzeże pozbawione jakichkolwiek przeszkód - przecież tędy przechodzili robotnicy ciągnący linami barki z węglem.
Dalej kanał skręcał przez główną ulicę, wówczas Kronprinzen Str., tuż za obecną stacją benzynową. Biegnie wzdłuż współczesnej drogi łączącej skrótem ul. Wolności z ul. Cmentarną, na granicy Zabrza z Gliwicami. Jeśli chcesz naprawdę zobaczyć, gdzie są te ciekawe miejsca, mapa jest nieodzowna, bez niej nie da się odszukać śladów dawnego kanału.
W połowie tego właśnie łącznika drogowego znajduje się kolejny akwedukt, a raczej jego kamienne, 200 - letnie pozostałości. Doskonale widać ociosany piaskowiec, z którego zbudowano przyczółki akweduktu. I w tym przypadku kanał prowadzony był w nasypie górą akweduktu a pod nim przepływał lokalny strumyczek
Kilkaset metrów dalej zbliżymy się do omawianej wcześniej pochylni za obecnym cmentarzem. Ale tuż przed nią istnieje jeszcze ceglany mostek nad dawnym kanałem. Dwa wieki temu nie było cmentarza i mostek służył okolicznym mieszkańcom w przeprawie przez kanał w stronę drogi łączącej Zabrze z Gliwicami - Kronpinzen Str. Teraz zagłębiony jest sporo w ziemi, ale jego półkolisty wierzchołek doskonale widać w zaroślach.
Zachęcam do zwiedzenia tej historycznej części Zabrza i to koniecznie z aparatem fotograficznym. Kto wie jak długo ostatnie relikty dawnego Kanału Sztolniowego będą jeszcze istnieć?
Marian Jabłoński

»czytaj więcej (komentarzy: 0)

Portrety bez ram. Zabrzański Team Karpiowy

24 lipca stowarzyszenie obchodzić będzie 2 rocznicę istnienia. Powstało po to, żeby zrzeszyć ludzi i tak już połączonych wspólną pasją – wędkarstwem, a ściślej – łowieniem karpi. Pytanie: po co się zrzeszać, ripostują na swojej stronie internetowej kilkunastoma pytaniami, które zamknąć można wspólną klamrą: dlaczego nie? Choćby po to, żeby kolega sfotografował tę wymarzoną, 30 kilogramową „taaaaką rybę”, zanim zostanie ponownie wrzucona do rzeki. Członkowie stowarzyszenia łowią bowiem zgodnie z zasadą: no kill, złów i wypuść.

Zabrzański Team Karpiowy zrzesza obecnie kilkunastu członków i kilkunastu kandydatów. Swoje zdjęcia wraz z rekordowymi rybami publikują na stronie www.ztkzabrze.pl. Stowarzyszenie dwa lata temu założyli Maro, Judo i Hamlet.
Adriana Urgacz: Czy jest jakaś szczególna przyczyna, dla której to właśnie karp został przez Was wybrany?
Maro: Karp jest najpopularniejszą rybą w naszych wodach. Nastawiamy się głównie na złowienie karpia, ale również amurów, które są także atrakcyjne wędkarsko. Te ryby charakteryzują się szybkim przyrostem masy i bardzo dużą siłą w trakcie holu. Karp i amur w polskich wodach pochodzą głównie z zarybień prowadzonych przez Polski Związek Wędkarski i dlatego warto szczególnie o nie dbać, aby ich populacja nie zmalała. Osób zajmujących się takim sportowym połowem tych ryb w Polsce jest bardzo wiele, liczyć ich można w tysiącach, zrzeszeni są w klubach, teamach i w stowarzyszeniach.
AU: Kiedy zaczyna się i kiedy kończy sezon na karpia?
M: Sezon na karpia trwa cały rok. Zimą łowi się w zbiornikach, których woda wykorzystywana jest do chłodzenia urządzeń przemysłowych, dzięki czemu jest cieplejsza a zbiorniki nie zamarzają. W naszym regionie jest to Zbiornik Rybnicki. A w pozostałym okresie na wszystkich zbiornikach łącznie z kanałami (np. Gliwickim), rzekami (takimi jak Odra) itd.
AU: Jakie łowiska w najbliższej okolicy są najlepsze?
M: Nasz region obfituje w duże zbiorniki zaporowe, gdzie prawie w każdym możemy się spotkać z dwucyfrowym wagowo okazem karpia i amura. Oczywiście, złowienie takiej ryby wymaga dużej znajomości jej zachowania i bytowania w poszczególnych partiach zbiornika. Gdzie indziej łowi się karpie wiosną, gdzie indziej latem i jesienią a sukcesy karpiarza zależą głównie od jego doświadczenia, rozpoznania łowiska i wielu innych czynników, o których można by jeszcze długo mówić. Obecnie jednym z najlepszych łowisk jest zbiornik Rybnicki, do którego należy rekord Polski, złowiony zimą karp o masie 30,2 kg. 
AU: Co się dzieje, jak na wędce zawiśnie inna niż karp ryba?
M: Często zdarzają się „przyłowy”, gdzie na specjalistycznych zestawach i przynętach „zawisa” inna ryba tj.: leszcz, jaź, lin, karaś itp. Postępowanie członków naszego stowarzyszenia jest takie samo, jak przy karpiu czy amurze. W sposób delikatny ryba wypuszczana jest z powrotem do wody. Każdy z nas posiada specjalne maty karpiowe, aby ryba po wyjęciu z wody nie trafiała na piasek czy trawę. Z rybami obchodzimy się ostrożnie, a jedyne trofeum, jakie zabieramy znad wody, to fotografia z rybą.
AU: „No kill” - wędkarze w dużej mierze łowią dla sportu. Czy hołdujecie tej zasadzie również przed Wigilią?
M: Nie możemy popadać w skrajności! Nasz sposób postępowania z rybami uznajemy za sportowy i humanitarny.  Nikt nie powinien sugerować obrońcy zwierząt, aby został wegetarianinem, czy ornitologom, aby wypuszczał w sklepach zoologicznych ptaki z klatek. Nasze zasady stosujemy do złowionych przez nas ryb. Nie możemy, i nie na tym polega nasza działalność, przed wigilią aby np. wykupować karpie tzw. „spożywcze” z hipermarketów i je wypuszczać do jezior.
AU: Jaka jest wasza rekordowa ryba?
M: W naszym stowarzyszeniu kilku członków złowiło karpie powyżej 20 kg. Dotychczas rekordem jest karp Łukasza Rozmusa – 21,5 kg. Miejmy nadzieję, że złowimy go ponownie, bo oczywiście po sfotografowaniu został wypuszczony z powrotem do wody.
Podejrzałam na stronie internetowej Teamu, czego życzą sobie nawzajem karpiarze. Przyłączam się do tych życzeń i ja: „aby mata wam nie wysychała i złowienia karpia będącego nowym rekordem Polski!!!”

Maro: Wędkuję od 1988 roku. Początkowo łowiłem wszystkie gatunki, a od 1991 roku wyłącznie drapieżniki zarówno metodą spiningową, jak i na żywca. Przez te kilkanaście lat złowiłem 2 ponadmetrowe szczupaki i wiele innych ładnych ryb. Karpiowaniem zajmuję się od lipca 2005 roku, a pierwsze kulki założyłem na stawie w Sierakowicach. Od tamtej pory uwielbiam łowienie karpi, które jest dla mnie sposobem na życie.
Judo: Wędkuję od 1972 roku. Początkowo z dziadkiem zacząłem łowić leszczyki i krapiki. Na początku łowiłem również wszystkie gatunki m.in. płocie, ale też ryby drapieżne. W 1992 roku zacząłem łowić metodą włosową, jednak bez wielkich rezultatów spowodowanych małą wiedzą w tym temacie. Przerzuciłem się znów na drapieżniki, tj.: szczupaki, węgorze i sandacze. Karpiowaniem zajmuję się od lipca 2005 roku, zgodnie z nową wiedzą zacząłem stosować kulki. Jednak od tego momentu mam trochę mniej czasu na wędkowanie i nie jeżdżę często, co przekłada się na wyniki w tej dziedzinie. Ale jestem pełen optymizmu. :)
Hamlet: Wędkuję od 1989 roku, początkowo, jak większość, próbowałem swoich sił łowiąc metodą spławikową na wielu stawach, później przeszedłem na grunt. Metodą gruntową łowiłem kilka lat, dopracowując skład zanęty na poszczególne łowiska. W ten sposób udało mi się złowić kilka dorodnych ryb z linami przekraczającymi 60 cm łącznie. Wielokrotnie łowiłem na zbiorniku Pławniowice, gdzie zacząłem stosować metodę włosową. Ten sposób wędkowania przyniósł mi bardzo dobre wyniki, jak na tamten zbiornik. Regularnie łowiłem duże leszcze, niejednokrotnie przekraczające 60 cm. Jednak dopiero w 2005 roku naprawdę zacząłem poważnie zajmować się łowieniem karpi. Od tego momentu zawzięcie stosuję metodę włosową, która przyniosła mi największą rybę w życiu, tj.: karpia 20,1 kg, któremu oczywiście zwróciłem wolność, podobnie jak i wszystkim innym karpiom. Głęboko wierzę, że to jeszcze nie koniec moich sukcesów nad wodą, a pływający rekord Polski jest w zasięgu moich możliwości. Na to czekam jak każdy inny karpiarz.
Źródło: www.ztkzabrze.pl
Rozmawiała: Adriana Urgacz

»czytaj więcej (komentarzy: 0)

Indeks Ksiąg Nakazanych

Lizzie Doron – „Spokojne czasy”,
Ricardo Piglia – „Spalona forsa”,
Elizabeth Noble – „Dziewczyna z sąsiedztwa” – Wydawnictwo MUZA S.A.

Kolejna porcja książkowych propozycji na lato. Tym razem z oferty Wydawnictwa MUZA. Wśród polecanych dziś tytułów jak zwykle odrobina miłości, sensacji i przygody. Jak zwykle również spod pióra najlepszych twórców!

Spokojne czasy” pozwalają nam poznać pokolenie ocalonych z Holokaustu oczami Lealei, pracującej w małym saloniku fryzjerskim w Tel Avivie. Próbują odnaleźć się w życiu i w nowej ojczyźnie. Sama bohaterka powieści nie miała prawdziwego dzieciństwa. Nie wie skąd jest i kim byli jej rodzice. Wojnę przetrwała w dole wykopanym w ziemi. Dopiero w Izraelu poznaje uroki życia, normalności i niełatwej miłości. Książka zaskakuje formą. Nie rozlicza, nie epatuje okropnościami. Jest wzruszająca, ciepła i ludzka. Pozostawia Czytelnika wzruszonego i pod wielkim wrażeniem.
Spalona forsa” opowiada historię, która wydarzyła się naprawdę, choć trudno w to uwierzyć. Argentyński margines, napad na bank w San Fernando. Dwaj zakochani w sobie przestępcy połączeni są wspomnieniami i kolejnymi skokami. Fikcja miesza się u Piglii z rzeczywistością, a mistrzowska narracja buduje niezwykłe napięcie. Krytycy określają powieść mianem drugiej „Tajemnicy Brokeback Mountain”. Za tę książkę można się brać, gdy ma się wolne popołudnie i wieczór. Nie pozwoli wrócić do rzeczywistości przed doczytaniem jej do końca. Znakomita proza!
Inna zupełnie jest „Dziewczyna z sąsiedztwa”. To powieść, która w Anglii natychmiast trafiła na listy bestsellerów. Nic dziwnego, skoro nie tracąc znamion znakomitej powieści psychologicznej chwilami wzrusza, chwilami rozśmiesza do łez a innym razem zmusza do refleksji. Nowojorska kamienica. Ludzkie losy, problemy uczuciowe, codzienność. Mieszkańcy stają się sobie bliscy niczym rodzina. Pojawiają się nowi lokatorzy. Nic nie pozostaje takie jak było, a jak zapowiada wydawca, „ta naprawdę czarodziejska opowieść złamie serce niejednego czytelnika, by je potem posklejać na nowo”. Polecam!
Wszystkie książki do nabycia w księgarni internetowej na www.muza.com.pl
Dariusz Jezierski

»czytaj więcej (komentarzy: 0)

Gliwickie diabełki znów tańczą

Po 9 miesiącach ustawiono naprawione po dewastacji gliwickie „Tańczące fauny”. Przypomnijmy, że we wrześniu ubiegłego roku nieznani do dziś sprawcy uszkodzili rzeźbę stojącą przed UM Gliwice chcąc ją ukraść. Zabytek został zdeponowany w GZUT i poddany renowacji. Tam też, prawdopodobnie, ok. roku 1928 został odlany wg rzeźby modelowej Hansa Dammana. Stanowi jeden z symboli dzisiejszych Gliwic. Pod fontanną z rzeźbą faunów od „zawsze” fotografowali się goście odwiedzający nasze miasto. Rzeźbie towarzyszy ciekawa historyjka - w zamyśle twórcy symbolizować podobno miała trzech przedsiębiorców, którzy w nieudanym interesie z budowa hotelu „Haus Oberschlesien” (obecny budynek UM Gliwice) utracili wszystkie pieniądze. W wodzie fontanny szukają swoich marek do dziś. Inna opowiastka mówi, że fauny symbolizują burmistrzów trójkąta miast Gliwice – Bytom – Zabrze, mającego stanowić pierwsza dużą górnośląską metropolię.
Odnowiona rzeźba pokryta jest specjalną warstwą patyny, stąd jej tymczasowy kolor, który po miesiącu wróci do dawnej barwy. Pamiętać należy, że żeliwne diabelskie postacie stoją bezustannie w strugach wody fontanny, stąd też użyty materiał konserwujący musi być najwyższej jakości.
Tymczasem jednak zielona aranżacja diabełków odrobinę dezorientuje gliwiczan i stanowi jednocześnie atrakcję, gdyż tylko teraz można się sfotografować pod zielonymi tańczącymi faunami. Takie już nigdy nie będą.
Marian Jabłoński

»czytaj więcej (komentarzy: 0)

Plac Mickiewicza

Trwający właśnie remont Placu Mickiewicza jest dobrym momentem na przywołanie wyjątkowo dramatycznej historii tego miejsca. Sięgnijmy zatem do drugiej połowy XIX wieku, kiedy Gliwice weszły w epokę gwałtownego rozwoju przemysłowego. Bogacący się gliwiczanie chcieli żyć na miarę Europy, chcieli teatru, muzyki, kultury. Już w latach 70. XIX wieku, w miejscu Placu Mickiewicza, działały zatem teatralne ogrody letnie Burdy nazywane wówczas „Schuetzengarten”.

W roku 1874 utworzono Zjednoczone Teatry Gliwic i Tarnowskich Gór, które dawały swe przedstawienia w salach „Schuetzengarten”. W roku 1881 sezon teatralny w tym właśnie miejscu otworzył Thalia - Theater z Opola wystawiając kilka znanych operetek.
Rok 1892 to okres remontu dotychczasowego obiektu przeprowadzony przez M. Friedlandera. Zmieniono wówczas nazwę na „Schuetzenhaus – Stadtgarten”, która funkcjonowała równolegle z nazwą „Theater und Koncerthaus”. To tutaj w roku 1896 odbyły się pierwsze pokazy wynalazku Edisona – kinematografu.
Następnie cały teren wykupiło miasto Gliwice i po kolejnym remoncie otworzono tu w sierpniu 1918 roku duże kino o nazwie „Stadtische Lichtspiele”. Kino mogło pomieścić aż 570 widzów, więc było jednym z największych na Górnym Śląsku.
Rok 1919 to kolejne przemiany – cały kompleks kinowy podzielono na dwie części: kino oraz restaurację z ogrodami o wspólnej nazwie „Stadtgarten”. Ówczesne kino miało nawet swój sześcioosobowy zespół muzyczny, zastępujący w niemych filmach dźwięk z ekranu.
Istniała tu również mała sala kinowo - teatralna dla mniejszej ilości widzów. W marcu 1919 roku w salce tej jedno z katolickich towarzystw zorganizowało przedstawienie dla dzieci, które zakończyło się tragicznie. Od nagrzanej żarówki zapaliła się kotara i w mgnieniu oka ogień rozprzestrzenił się na całą salę. Przerażone dzieci tratując się nawzajem runęły do drzwi, które wówczas otwierały się do wewnątrz! Zatarasowane nie dały możliwości ucieczki. Od dymu i czadu udusiło się wtedy 76 dzieci, które pochowano na Cmentarzu Lipowym. Do dziś stoi tam piękna rzeźba Chrystusa tulącego do siebie maluchy. Tragicznie zmarłych pochowano we wspólnej mogile. Napis na pomniku głosił „Pozwólcie im przybyć do mnie”. Skuto go zaraz po wojnie w ramach odniemczania Gliwic. Wypadek w kinie  spowodował utworzenie przepisu pożarowego – dla ułatwienia ucieczki drzwi od tej pory muszą się otwierać na zewnątrz obiektu.
Kino popadło w kłopoty finansowe i po jego wydzierżawieniu  przez miasto firmie „Deulig -Palast” z koncernu filmowego Ufa otrzymało nową nazwę „Deulig - Palast”.
W roku 1930 kino przejęła firma Union - Grundstuck GmbH. Po jego remoncie, którego głównym celem było udźwiękowienie kina, dostało ono kolejną nazwę – „Capitol”.
Ta nazwa wytrzymała aż do roku 1945, kiedy żołnierze radzieccy spalili doszczętnie cały kompleks kinowy „Capitolu”.
Rok 1946 to kolejna czarna karta w dziejach dzisiejszego Placu Mickiewicza. Tutaj bowiem pochowano tymczasowo wszystkich żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w 1945 roku w walkach na terenie miasta. Chowano ich wtedy gdziekolwiek i po ekshumacji zwieziono na teren placu. Dopiero w roku 1951 przeniesiono powtórnie zwłoki żołnierzy na cmentarz Radziecki przy ul. Sobieskiego. Łącznie przeniesiono wówczas 823 ciała. Rozmawiałem kiedyś z osobami, które pamiętały te wydarzenia – fetor w całej okolicy był nie do zniesienia.
Plac nosił wówczas nazwę Obrońców Stalingradu (proszę nie mylić tej nazwy z placem Bohaterów Stalingradu - dzisiejszym Placem Piłsudskiego).
Tuż przed 1 maja 1957 roku wmurowano na placu kamień węgielny pod budowę pomnika Adama Mickiewicza. Już 24 listopada pomnik projektu prof. Franciszka Strynkiewicza odlany w GZUT stanął na swoim miejscu. Od tej pory plac nosi nazwę Placu Adama Mickiewicza.
Rok 1968 to czasy buntów studenckich i rozruchów na tle poezji Mickiewicza. Kto pamięta te lata wie, że poszło o przedstawienie „Dziadów” zdjęte z afisza przez gorliwych komunistów dbających o dobre imię Związku Radzieckiego. Manifestacja studencka rozpoczęła się właśnie od złożenia kwiatów pod pomnikiem wieszcza.
Ostatnie lata to okres prawdziwego spokoju Placu Mickiewicza. Na specjalnych stołach szachiści odbywali swe turnieje szachowe, a okoliczni mieszkańcy tu właśnie załatwiali poranne potrzeby swoich piesków. Prawdziwa sielanka po burzliwych 140 latach istnienia placu.
Marian Jabłoński

»czytaj więcej (komentarzy: 0)
rozmaitości